Szukaj
  • Horse News

Antoni Pacyński - Anegdoty

Anegdoty Antoniego Pacyńskiego o zaprzęgach czterokonnych


Nawiązując do naszej ikonowej postaci, zaprezentowanej wcześniej na łamach portalu HorseNews.pl, Zygmunta Waliszewskiego, pan Antoni Pacyński kontynuuje wątek konkurencji powożenia w Polsce u jej zarania. Jak mówi o sobie – jest jednym z ostatnich „dinozaurów” zajmujących się czynnie sprawą sportu końskiego w różnych dyscyplinach.


- Moją domeną były sporty wierzchowe. Początkowo nie umiałem znaleźć sportowości w tak pięknej dyscyplinie, jaką jest powożenie. A to może dlatego, że wychowałem się na wsi, gdzie zaprzęgi, albo cugi, jak kto woli, były używane do pracy. Wiele prac w stadninie wykonywaliśmy końmi, i ten aspekt tkwił we mnie głęboko. Jako dzieciak pomagałem fornalom czy masztalerzom w podjeżdżaniu zaprzęgami np. przy zwózce siana czy zbiorze zbóż, czy też jeżdżąc na siewniku, powożąc czwórką zaprzężoną w poręcz. W latach 50-tych klacze u nas pracowały i gro robót polowych wykonywaliśmy końmi. Sportowość wierzchowa, do której się przypisałem, nastawiała mnie trochę do zaprzęgów inaczej - sport był wtedy, gdy się konia dosiadało, a nie jak się koniem powoziło. Po raz pierwszy z wyczynowym powożeniem zaprzęgami czterokonnymi zetknąłem się na Mistrzostwach w Aachen w 1963 roku, gdzie brylowali nasi powożący.


Geneza tej konkurencji jeździeckiej jest trochę wcześniejsza. Dyrektorzy Stad – pan Matławski z panem Stawińskim, których łączyły również więzy rodzinne, po zakończeniu kariery skokowej, postawili na karierę zaprzęgową. Przy wszystkich pokazach, świętach, zawodach, były prezentowane zaprzęgi czterokonne. Te zaprzęgi wystartowały po pewnym czasie w Aachen.


Stadom zależało, by posiadać reprezentacyjne zaprzęgi. I tak, w Starogardzie, pan Waliszewski był niekwestionowanym szefem, pod egidą pana Stawińskiego. Pan Matławski stworzył czwórkę, którą troszkę sam powoził, a w większości - pan Szymoniak. Pan Musiał był w Sierakowie, a w Książu pan Adamczak. To była tzw. Żelazna Czwórka. Zaprzęgi różniły się - trzy pierwsze Stada miały konie nieco lżejsze, pan Adamczak bazował po części na koniach śląskich. Były one bardzo dobrze ujeżdżone, aczkolwiek chyba trudniej było doprowadzić je do wysokiej kondycji.


Dopiero zawody w Aachen w roku 1963– na których miałem przyjemność startować na Don Hubertusie – unaoczniły mi, że powożenie to również sport i to przez duże „S”, dzięki któremu możemy brylować na arenach międzynarodowych.


Najbliżej z Lisek miałem do Starogardu, tam też najczęściej bywałem i tam właśnie miałem okazję podziwiać treningi i popisy pana Waliszewskiego. Miał rewelacyjnie „zjeżdżoną” czwórkę, i te konie zachowywały się podobnie do koni wierzchowych. Koło strzelnicy w Starogardzie była górka z ostrym zjazdem – pan Waliszewski potrafił podjechać pod stok „wesołym” galopem, dosłownie na dwie, trzy foulees konie siadały na zadach, on włączał hamowanie i zjeżdżał spokojnie na dół. Żaden z pozostałych trenujących nie próbował nawet tego dokonać. Kolejna ciekawa anegdota o Zygmuncie Waliszewskim związana jest z wyjazdem na Equitane do Essen w 1977 r., w celu zaprezentowania polskich koni. W skład jego zaprzęgu wchodzili czterej synowie Harbina (hodowli SK Plękity), z których jeden, Astrahan, później w Neustadt-Dosse zaprezentował się jako kapitalny reproduktor do koni-skoczków.


Naszym numerem pokazowym w Essen było skakanie trzech koni trakeńskich (był to Bertyn pod Huczem, Tarnów pod Stefanem Grodzickim i Porfir pode mną). Aby usprawnić przebieg pokazu, zdjęliśmy beifahrera z bryczki, aby podnosił drągi.W pewnym momencie, było to już na wysokości 170cm, Tarnów zahaczył o przeszkodę i poleciał z nią, z wielkim łoskotem, na ziemię. Na skutek szumu na widowni, ogiery, przepłoszone, ruszyły z zaprzęgiem. Na pierwszym zakręcie na arenie Zygmunt Waliszewski wyleciał w publiczność, a czwórka dalej szła pełnym galopem. Na następnym zakręcie „ukręciła się” bryczka i została w miejscu, a konie sprzężone, powiązane oszorowaniem, pędziły przed siebie. Na każdym kolejnym zakręcie zewnętrzny koń się przewracał, urywał, ukręcał i zostawał miejscu. Ostatni koń, wewnętrzny lejcowy, w końcu się zatrzymał. Wyobraźcie sobie Państwo, żadnemu koniowi nic się nie stało! Najdrobniejszy włos nie został otarty. Następnego dnia rano, właściciel wystawy, pan Kroebel, przyszedł do nas z propozycją zakupu bryczki, szorów, słonej zapłaty, żeby tylko powtórzyć ten numer. Całe Essen nie mówiło o niczym innym niż o popisie polskich kaskaderów, jak nas nazwano, w tym wystrzałowym numerze. Nie poszliśmy jednak na ten układ.


Kolejną anegdotką jest przygoda pana Czermińskiego na CSIO w Olsztynie. Były tam również powózki. Podczas dekoracji, ruszyły nagle kobyły pana Czermińskiego. Pomocnicy, zamiast balansować, siedli prosto i bryczka się przewróciła. Niecenzuralne określenia pod adresem beifahrerów padły z ust powożącego, ale to już należy do historii.


Powożenie wyszło ze Stad dalej, „pod strzechy”. Zaczął jeździć pan Czermiński, po ukończeniu kariery skokowej w Rzecznej i w ślad za nim poszli dyrektorzy stadnin, propagując ten piękny sport w swoich obiektach. Kolejne czwórki powstały w Kadynach, w Liskach. W Liskach były to cztery córki Kondeusza, bardzo sprawne, ale, jak ich ojciec, nie umiejące stępować. To była ich największa wada. Klacze te były świetnie ujeżdżone, miały kapitaną kondycję, ale niestety – nie potrafiły stępować – a to na trasie maratonu dawało im bardzo nieciekawe punkty. Również w Stadninie Koni w Plękitach złożono czwórkę, która nie tylko była w rękach kapitalnego powożącego, pana Zenona Szyszkowskiego, ale była też bardzo oryginalna maściowo. Czwórka łaciatych koni opartych o klacz Goqsawa zaszła bardzo wysoko, aż do Mistrzostw Polski, z bardzo dobrymi wynikami. Ta czwórka urzekła również pisarza pana Kellera i jego pomocników, którzy w drodze po Mazurach w pracy nad książką „ Nach Ostpreussen der pferde wagen” byli pod wrażeniem kunsztu powożenia pana Zenona i zachowania się tych łaciatych koni w terenie.


Dla mnie osobiście, drugim momentem w życiu, który nastawił mnie pozytywnie do zaprzęgów czterokonnych, to Mistrzostwa Europy w Sopocie w 1975 r., gdzie jechałem jako sędzia na koźle ze Szwajcarem. Zobaczyłem wtedy z bliska, jak wygląda zachowanie się czwórki w przeszkodach. Jeden z koni jest zawsze koniem prowadzącym, on miał lewego lejcowego, nazywał się Orvieton; w dyszlu szedł wtedy polski koń – była to czwórka kasztanów. Nazwiska tego Szwajcara nie pamiętam, ale on przez cały czas wymawiał imię Orvietona – „Orvieton w lewo, Orvieton w prawo” – dodawał do tego uciąg lejcą, i koń, zwłaszcza w łagodniejszych łukach w przeszkodach – prowadził.


Sport zaprzęgowy miał w Stadach Ogierów pokolenia powożących. Książ miał swoją dynastię powożących zaprzęgiem czterokonnym. Po panu Adamczaku na krótko przejął stery pan Dubicki, a potem na kozioł wsiadł ex-skoczek (tak samo jak pan Andrzejewski) – Czesiu Konieczy, i czwórka chodziła pod jego zawiadywaniem.


W Sierakowie, po Musiale, poszedł pan Czermiński, też jeszcze parał się zaprzęgiem czworokonnym, ale później pan Wodkowski przejął od niego lejce, zredukował ilość koni i „wylądował” aż na Mistrzostwach Świata Zaprzęgów Parokonnych w Stanach z medalem. Pan Wodkowski rozpoczynał swoją karierę powożącego w Nowej Wiosce, jeżdżąc na przychówku od wspaniałej klaczy Lisiura. Była to angloarabo koniczka, kapitalnie skacząca – do 120cm nie miała sobie równych – szybka, zwinna i niesamowicie dokładna. Jedynie Stado Kętrzyn krótko tylko parało się sportem zaprzęgowym. Nie udało im się osiągnąć jakiś spektakularnych wyników, była to raczej forma pokazowa i na tym się zakończyło.


Obok wcześniej wymienionych czterech Stad –Starogardu, Gniezna, Sierakowa, Książa – dołączyło Stado Ogierów w Bogusławicach, które do tej pory zajmowało się krakowskim weselem – powożeniem niesportowym, właściwie powożeniem pokazowym. Ale z chwilą, gdy za sterami bogusławickiej czwórki usiadł pan Kazio Andrzejewski, czwórka zaczęła od razu brylować. Dodatkowo, dobór fantastycznych koni - postawili na anglo-ślązaki – rosłe, silne, wytrzymałe konie, bardzo dobrze sprawujące się w tego typu sporcie; i pan Kazimierz zaczął świętować sukcesy. Należy również podkreślić, że pan Andrzejewski wykształcił sporą grupę powożących, która miała świetne wyniki na niwie krajowej i międzynarodowej.


Jeżeli chodzi o stadniny, to ciekawym przykładem jest Stadnina Koni w Posadowie, która odeszła od klasycznej formy powożenia i zorientowała się na bicie rekordów. Pan Kaczmarek postawił na sprzęganie dosyć oryginalnych maści ze sobą, ale przede wszystkim na dużą liczbę koni w zaprzęgu. Chciał trafić z tego tytułu do Księgi Guinnessa. Takie zaprzęgi mogły być bardzo niebezpieczne, choć były na pewno efektowne i ciekawe. (19 koni, przyp.red.).


Duże wrażenie zrobił na mnie swego czasu Węgier Bardos, który w roku 1978 do Neuhoff przyjechał z czwórką ogierów lipicańskich. Staliśmy wtedy w stajni namiotowej, w stanowiskach. Sam przyszedł do przysposobienia tych koni do zaprzęgu. Położył szory przed każdym z ogierów, a bat na korytarzu. Staliśmy w stanowiskach, nie w boksach. Ubrał pierwszego konia, obrócił. Koń stał nosem do innych koni, był absolutnie podporządkowany. Ubrał drugiego i obrócił, trzeciego, czwartego, na piątego założył tylko ogłowie. Następnie wyprowadził tego piątego, a za nim poszła cała czwórka. Na dworze, poza namiotem, sam je założył do bryczki. Byłem pod wrażeniem, jak te ogiery go słuchają, będąc w towarzystwie innych koni. Było to dla mnie duże przeżycie.


Neuhoff to była domena późniejszego Mistrza Świata, Michaela Freunda. Otóż warto wiedzieć, że pan Zygmunt Szymoniak przez długie lata jeździł do Michaela Freunda „robiąc” mu konie ujeżdżeniowo i „zjeżdżając” je w pary i czwórkę, aby Niemiec mógł odnosić światowe sukcesy! Również Michael Freund przyjeżdżał do Polski, ucząc się w Gnieźnie sztuki powożenia. Bo to jest sztuka, tak samo jak sztuka jazdy konnej.


Dziś tak bardzo lubujemy się w ściąganiu trenerów z zagranicy, nie zawsze z dobrym skutkiem. Dlatego powtarzam apel do „naszych”, za Mikołajem Reyem „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Warto wrócić do tej maksymy we wszystkich dyscyplinach, bazując na utalentowanych trenerach rodzimych.


Opowiadał Antoni Pacyński

Wysłuchała i spisała Zofia Helak-De Bonis


43 wyświetlenia0 komentarz