Szukaj
  • Horse News

Gość Specjalny - WERONIKA KWIATEK

Aktualizacja: 20 cze 2020

Pomimo pandemii i dużej ilości pracy, Weronika Kwiatek przyjmuje moje zaproszenie na spotkanie i rozmowę dla HorseNews.pl. Jest koniec maja, ciepły wieczór, godzina 18.00. Weronika zjawia się punktualnie, wychodzi ze stajni w towarzystwie swoich dwóch psów. Siadamy na ławce w parku na terenie Stada Ogierów w Łącku. Rozmowa toczy się wartko, pytania, tematy, wspomnienia płyną jak rzeka.


- HorseNews.pl : Napisano o Tobie już wiele, jesteś sławną powożącą i trenerką w kraju i zagranicą. Kwiatek Driving Team to marka sama w sobie, błyszcząca medalami Mistrzostw Polski i Mistrzostw Świata. Ojciec, córka, syn - rodzinna pasja na światowych podiach. Podsumujmy Twoją dotychczasową karierę i przypomnijmy kochanego kuca Misia, od którego to wszystko się zaczęło:


- Weronika Kwiatek:Dostałam Misia za świadectwo z czerwonym paskiem w piątej klasie podstawówki. Nasza rodzina zawsze była otoczona zwierzętami. Ja, jak tylko mogłam, jeździłam gdzieś na koniu – najpierw oprowadzanki, potem na lonży. W końcu trafiliśmy do gospodarstwa agroturystycznego w Puszczy nadnoteckiej całą rodziną. Mi od razu pojawiła się wizja - koń! Tata wynalazł Misia od okolicznego handlarza. Przyznam, że na początku to był wielki foch i płacz, ponieważ koń, to miał być duży i gniady, jak na wszystkich zdjęciach. A ja dostałam małego, grubego izabelka. Dopiero jak Tata powiedział, że wobec tego odprowadzi kuca i nie będzie żadnego konia, „zmieniłam płytę”. I tak się zaczęła przygoda z Misiem. Misiu był kapitalny, był koniem mojego życia, ale łatwo nie było. Uczyłam się na nim wszystkiego. Uczyłam się na nim jeździć, powozić bryczką, ale kucyk miał swój charakterek. Mnóstwo razy z niego spadłam. Miał taki swój numer, że nawet już później, jako osoba dorosła, jeżdżąca, miałam problemy, by utrzymać się w siodle. Robił okrągły grzbiet, wyskakiwał w powietrze i momentalnie odsuwał się na bok, nie byłam w stanie tego wysiedzieć. Wiele razy zostawił mnie na ogrodzeniu jak była możliwość pójścia dołem, potrafił wytarzać się ze mną i siodłem na grzbiecie, oczywiście zdążyłam zawsze zeskoczyć, ale nie poważał mnie w ogóle. Z drugiej strony, udało nam się dojść od poziomu zero do poziomu startu w Mistrzostwach Polski grupy D i uplasować w finałowej dziesiątce (miałam wtedy 15 lat). Nie zapomnę również uczucia szczęścia i sukcesu, startując podczas zawodów na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Kiedy jeździłam jeszcze konno, był prowadzony ranking na zawodach ogólnopolskich, najlepsza dziesiątka miała prawo startu na Targach w Poznaniu. To było marzenie. Gdy mieszkałam w Poznaniu, chodziliśmy na Targi oglądać zawody, w tym czasie usiłowałam namówić Misia, żeby pokonał jakiś drąg i co chwila mnie „glebował”. Siedząc na trybunach powiedziałam Tacie, że ja tu kiedyś wystartuję z tymi dziećmi. Tata parsknął śmiechem, nikt wtedy w to nie wierzył. Po latach udało mi się tego dokonać. To było jak spełnienie marzeń, nie zapomnę tego do końca życia. A potem, razem z Tatą i bratem, robiliśmy tam przepiękne układy, pokazy kadryla zaprzęgami do muzyki, które przygotowywał pan Stasiu Helak.


Wkrótce wyrosłam z Misia, choć jego wiek pozwalał na dalsze użytkowanie konika. Tata zakochany w zaprzęgach namawiał mnie na powożenie. Początkowo nie chciałam o tym słyszeć, no bo jak tu skoczka do zaprzęgu, wóz ciągnąć. W końcu dałam się namówić. Akurat pani Danka Nowicka organizowała Puchar Polski Dzieci, wystartowałam i od razu wygrałam. Wtedy już wszyscy ze środowiska zaprzęgowego zaczęli mnie namawiać, żebym kontynuowała powożenie. Zaczęła się moja przygoda z zaprzęgami. Tak się złożyło, że rok później były organizowane, po raz pierwszy na świecie, Mistrzostwa Świata Pony (w 2003r.) Namawiano nas, żeby spróbować tam swoich sił, daliśmy się przekonać. Choć jak teraz o tym myślę, to było po prostu śmieszne. Ja nigdy nie trenowałam na żadnym placu, jeździłam sobie bryczką w tereny dla przyjemności. To był taki My Little Pony i nie miało nic wspólnego z profesjonalnym podejściem, jakie obserwujemy dzisiaj. Udało mi się wówczas zająć 19-tą lokatę, a więc w połowie stawki, bez większego przygotowania. Kolejne dwa starty na Mistrzostwach Świata (2005 i 2007), dwukrotnie miejsce 11-te. Z perspektywy czasu to wydaje się niemożliwe, że tak wysoko zaszliśmy razem. Jestem bardzo wdzięczna, że ten koń wprowadził mnie we wszystko, co chciałam osiągnąć.


Misiu miał też w swojej karierze epizod z hipoterapią. Pomagał mojej koleżance w zajęciach z niepełnosprawnymi dziećmi, był wtedy przekochany. Gdy miał 15 lat użyczyłam go moim dobrym znajomym z Danii, których córka zaczynała jeździć Mistrzostwa Europy Dzieci ( te same, w których ostatnio uczestniczyli nasi młodzi polscy powożący). Misiem zdobyła dwukrotnie Mistrzostwo Danii, wystartowała w ME, prowadziła wtedy po ujeżdżeniu, była w czołówce po maratonie, niestety pomyliła się na keglach, mimo przejazdu na zero została wyeliminowana. Nie zdobyła medalu, ale Misiu spisał się kapitalnie. Został bardzo doceniony przez moich znajomych, którzy byli ogromnie wdzięczni za to, iż ich córka mogła odnieść takie sukcesy i tyle się nauczyć dzięki temu wspaniałemu konikowi. To był naprawdę wyjątkowy koń, i strasznie odczułam jego odejście. Do dziś, gdy o nim myślę, łzy napływają mi do oczu, zwłaszcza, że mógł nadal żyć. Życzę każdemu takiego konia. Był ze mną 20 lat, koń życia. Największy przyjaciel i powiernik przez cały mój okres dorastania. Misiu dożył 25 lat, odszedł od nas w zeszłym roku, w kapitalnym zdrowiu - uległ kontuzji, na skutek czego musiał zostać uśpiony 3 miesiące później.


- Ogromnie przykry finał Waszej przyjaźni…Ale wróćmy do Twojej kariery,największych sukcesów, medali, ścieżki trenerskiej. Na swoim koncie masz trzykrotnie zdobyty srebrny medal Mistrzostw Polski Seniorów w singlach, raz złoto, raz brąz. Uczestniczyłaś w Mistrzostwach Świata w singlach w latach 2006, 2008,2010, 2012, 2014, 2016. Czy tytuł vice-Mistrzyni świata pomógł Ci w karierze trenerskiej?


- Dziesięć lat ciężkiej pracy zostały ukoronowane srebrnym medalem Mistrzostw Świata w 2016 r. Koniem Bartnik wystartowałam po raz pierwszy na Mistrzostwach Świata w 2012r, byłam 10-ta. Dwa lata później, w roku 2014 byłam 5-ta. A na kolejnych zawodach, w 2016r, zdobyłam tytuł vice-Mistrza Świata. A więc to nie wzięło się z kapelusza. Od 2012 znajdowaliśmy się w pierwszej dziesiątce światowej, te regularne sukcesy przekuły się na zainteresowanie treningami u mnie. Tak, że już podczas pracy w Stadninie Koni Pępowo miałam swoją prywatną stajnię koni w treningu, wielu ludzi zgłaszało się, żeby pomóc im w edukacji ich koni. I w roku 2016 zostałam trenerem Kadry. Nie miałam jeszcze wtedy medalu, zostałam doceniona przed tym wyróżnieniem. To była wielka nagroda, i nie mogłam sobie lepiej wymarzyć tych Mistrzostw – ja zajmuję drugie miejsce, ale i ekipa polska w singlach, którą trenowałam, zdobywa srebro. Warto dodać że Polska ekipa singli miała dotychczas tylko jeden medal drużynowy w Astorp (Szwecja) w 2002r. W skład ekipy wchodzili: Agnieszka Chwastek, Przemysław Zabłocki oraz Wiktor Pietrowski. Od tamtej pory minęło 14 lat. Udało mi się powtórzyć sukces z roku 2016 dwa lata później, w roku 2018, gdzie Polska drużyna w składzie: Sebastian Bogacz, Katarzyna Kuryś i Bartłomiej Kwiatek zdobyła brąz. Wisienką na torcie był natomiast indywidualny złoty medal Bartłomieja Kwiatka – pierwszy raz w historii Polak został Mistrzem Świata! Nikt w naszym kraju w żadnej z dyscyplin powożenia (single, pary, czwórki) nie miał nigdy tego tytułu. Było to najlepsze ukoronowanie mojej pracy trenerskiej, a także wieloletniej, wytężonej pracy z moim bratem.


Miło byłoby, gdyby każdy okazywał wdzięczność (śmiech), a z tym jest różnie, ale nie po to się to robi, mnie cieszy, kiedy widzę postępy, kiedy mogę komuś pomóc, kiedy ktoś staje się lepszym zawodnikiem, kiedy koń się rozwija. Moje medale w tym wszystkim to tylko nagroda za długoletnią pracę i zaangażowanie.


- Na ile fakt, ze sama zaczynałaś swoją przygodę z jeździectwem od pony, pomaga Ci zrozumieć i trenować dzieci?


- Myślę, że absolutnie tak. Zaczęłam jeździć jako dziecko, wiem, co przeżywają dzieci, jak reagują. Co innego w głowie ma dziecko, a co innego dorosły, gdy startuje. Dzięki temu łatwiej mi znaleźć drogę do młodych zawodników, wspólny z nimi język. Wiem też z doświadczenia, na co stać kucyki i jak potrafią być niemiłe (śmiech).


- Mówi się o Tobie-absolutny talent trenerski. Począwszy od brata, poprzez trenera kadry dzieci,po trenera kadry w kategorii singli, Twoi podopieczni odnoszą wspaniałe sukcesy na światowych arenach, na najbardziej prestiżowych zawodach. Czy jest doceniane przez PZJ?


- Kiedy poproszono mnie o przejęcie kadry dzieci, byłam już trenerką kadry singli. Było to, nie ukrywajmy, podwójne obciążenie. Ale ze względu na to, że uważałam, że te dzieci są fajne i warto się nimi zająć, zgodziłam się nimi zaopiekować. Tylko Weronika Bogacz miała za sobą kilkuletnią karierę sportową - w kategorii dzieci zdobyła brązowy medal indywidualnie. Było to w Książu w 2014r. Pozostała dwójka, mimo iż nie byli to debiutanci, nie posiadali większych osiągnięć. Weronika, przechodząc do kategorii wyższej, też była wówczas bez znaczących wyników.


Udało nam się super przygotować, wywalczyłam wyjazd na zawody zagranicą, do Austrii. Było to o tyle ważne, gdyż inaczej startem przygotowawczym do ME dla nich byłyby tylko starty krajowe, gdzie te dzieciaki, juniorzy i młodzi powożący startowali sami w klasie. Nie mieli nigdy konkurencji – omijała ich cała presja utrzymania pozycji, presja walki, jechali tak, jak sobie jechali, wszyscy im klaskali – „fajnie, że jesteście”. Pojechaliśmy razem do Austrii na start kontrolny, o który tak zabiegałam, gdzie każdy miał okazję już z kimś się zmierzyć.


Na Mistrzostwa Europy Dzieci, Juniorów i Młodych Powożących w Kisber jechaliśmy z jakimiś oczekiwaniami, zawsze są jakieś oczekiwania, ale były to minimalne założenia, nikt nie liczył, że możemy stamtąd przywieźć medale. Dodatkowo, byliśmy w trudnej sytuacji - jadąc na ME na Węgrzech mieliśmy po jednym zawodniku w każdej kategorii, a nie jak reszta ekip po dwóch, czyli każdy wynik się liczył do wyniku drużyny, nie mieliśmy możliwości wyboru lepszego przejazdu.


Dzieci od początku spisały się fenomenalnie. Już pierwszego dnia, w próbie ujeżdżenia, nasi młodzi kadrowicze zaprezentowali się fantastycznie. Janek Godek był drugi, Bartek Złoty, którego cały sezon namawiałam na zmianę konia (dysponował dwoma, w kadrze był z klaczą Paloma, która była fantastyczna, ale nie na ten poziom), zajął drugie miejsce, bo uwierzył w swojego drugiego konia. Również Weronika Bogacz, której konik jest bardzo fajny i dzielny, ale nie dysponuje jakimiś super warunkami na konkurs ujeżdżenia, pojechała bardzo dobry program, zajmując miejsce 7. Po ujeżdżeniu mieliśmy pozycję medalową jako ekipa. W maratonie - kapitalny występ Jasia Godka, który wygrał w swojej kategorii. Bartek Złoty jechał bardzo dobrze, jednak pękło mu wędzidło, ale również zachował zimną krew, dojechał do końca, zakończył ten przejazd na bodajże 11 pozycji, nie był ostatni i uratował wynik; oraz Weronika Bogacz, która była druga. I to pozwoliło nadal drużynie znajdować się w strefie medalowej. Już w te dwa dni nasze dzieciaki zrobiły zadanie ponad plan! To w ogóle nie miało prawa się wydarzyć, to były tylko nasze marzenia! I wtedy zaczęło się „pompowanie atmosfery”. Niestety, kibice wtedy nie pomagają…Wszyscy bardzo chcą, bardzo trzymają kciuki, ale mówienie o tym, że „ macie szansę na medal”, albo „musicie zrobić to, czy to”, nie pomaga. No i zaczęło się od Jasia Godka, który indywidualnie był na pozycji medalowej, ale zrobił 3 zrzutki i ten medal stracił, spadając na miejsce 4. Był to wciąż świetny wynik, dający Polsce pozycję na podium. Inne dzieci w tej klasie pojechały na podobnym poziomie.


Przejazd Bartka Złotego, w trudnym konkursie zręczności, był dobry, zawodnik dał z siebie wszystko. Choć wynik zepchnął go na pozycję dwucyfrową, Polska nadal utrzymywała miejsce medalowe, bo dzieci z jego kategorii, juniorzy, mieli podobne przejazdy. I wtedy zdarzyło się coś, czego nikt nie mógł przewidzieć. Startowała Weronika Bogacz, dla której maraton i zręczność to były koronne dyscypliny. Zręczność jeździła zawsze tak pewnie, jakby znała te parkury wcześniej. Wjeżdżając na arenę, mogła zrobić, załóżmy, 21 punktów karnych, choć nigdy nie miała takiego wyniku. Tym razem, w Kisber, uzyskała 23 punkty karne. Czyli najgorszy sen…nikt nie oczekiwał zerowego przejazdu, ale ona ewidentnie nie wytrzymała presji. W moim odczuciu – Janek zrobił błędy, Bartek walczył i zrobił błędy, a ona w ogóle „nie jechała” – ani nie jechała w tempo, ani nie jechała przez te bramki pewnie. Niestety, nie udało się. Trzeba zaznaczyć, że Weronika też miała pozycję medalową indywidualnie, przez co była pod podwójną presją – jako Polska i jako Młody Powożacy. Niestety, nie udało się utrzymać medalu ani indywidualnego ani drużynowego, spadliśmy na 5 miejsce.


Najbardziej przykre jest to, że wszyscy skupili się na tym, że dzieci poniosły porażkę. Nikt nie dostrzegł, ile świetnych rzeczy zrobili, ile osiągnęli. A to, że oni spadli, wynika z braku profesjonalnych przygotowań.Zaczęliśmy pracować w roku, gdzie są Mistrzostwa Europy, to jest pierwszy błąd z założenia, gdyż przygotowania powinny trwać co najmniej rok, dwa. Nie było na to wcześniej planu. Po drugie, dzieci rzadko kiedy miały okazje rywalizować w swoich kategoriach wiekowych.A nie da się tak przygotować; żeby dźwigać presję, potrzeba doświaczenia. Ja byłam z nich ogromnie dumna. Oczywiście, że pojawił się swoisty żal, kiedy było się tak blisko i wydawało się, że sięgamy po medale, ale uważam, że nie można tego traktować w kategoriach porażki, tylko jako doświadczenie. I znów, jak to mamy w zwyczaju, zabrakło kolejnego kroku naprzód. Ja prosiłam PZJ, żeby kontynuować naszą pracę w roku 2017 i przygotować się na Mistrzostwa w roku 2018. Niestety, odmówiono mi tego. Dodatkowo przykre jest, że doceniani są trenerzy zagraniczni, nawet piątej klasy, niż osoba stąd. Uważam to za brak szacunku. Sądzę, że wykazałam się dużą chęcią współpracy, a mam tylko po tym niesmak. Myślę, że swoimi wynikami udowodniłam, że potrafię powozić i trenować, jest mi przykro, że nie jest to w ogóle docenione przez Polski Związek Jeździecki. Przy obecnym Zarządzie współpraca nie ma szansy kontynuacji w żadnej formie.


- Bardzo przykro to słyszeć. Miejmy nadzieję, że sytuacja z czasem się zmieni, zostaniesz doceniona i Polska będzie mogła skorzystać z takiego potencjału, jaki ma w Twojej osobie, bo bardzo tego potrzebuje.


- Dziękuję, również mam taką nadzieję. Kocham ten sport i jeśli jeszcze kiedykolwiek będę mogła służyć swoją wiedzą i doświadczeniem, to chętnie to zrobię, bo to po prostu lubię.


- Rozumiem, ze nie jesteś już trenerem kadry dzieci. Czy chciałabyś do tego wrócić? Jak wspominasz ten czas z młodymi adeptami powożenia?


- Jasne, bardzo. To był świetny czas. Te dzieciaki mają dużo talentu. Myślę, że znalazłoby się jeszcze więcej dzieci, które chciałyby i mogłyby jeździć przy odrobinie wsparcia ze strony PZJ. To jest super projekt, przecież z dzieci wyrastają potem dorośli powożący. Tak jest w innych krajach i to potem procentuje. Ja znam kilka przypadków młodych powożących z zagranicy, biorących udział w Mistrzostwach Europy, którzy rok czy dwa lata później wchodzili w skład kadry narodowej seniorów w swoim kraju. Mieli za sobą starty na dużych zawodach, walkę o medale, dużą konkurencję,obycie, o którym mówiłam wcześniej, a to czyni z takiego uczestnika gotowego zawodnika.


- Zręczność – ostatnia próba każdych zawodów, to wielki test psychologiczny dla powożących. Zachowanie zimnej krwi, skupienie, opanowanie emocji - z tym trudno jest poradzić sobie dorosłemu, a co dopiero dziecku. Co myśli Pani o zatrudnieniu psychologa sportowego dla młodych kadrowiczów?


- Osobiście, nie miałam nigdy okazji z taką osobą pracować. I nie mam pojęcia jak to faktycznie może wpływać, czy może pomóc. Wiem na pewno, że to starty dają doświadczenie, obycie w zawodach. Tego nie da się zastąpić. Psycholog może dużo wnieść, ale tylko poprzez starty można nabyć rutyny. Jeżeli bym miała wybierać pomiędzy opłaceniem psychologa, a zapewnieniem większej ilości startów, to wolałabym, żeby PZJ ewentualne środki przeznaczył na możliwość startów tych dzieci zagranicą, bo tylko tam jest możliwość zmierzenia się z swoimi konkurentami. A według mnie, każde dziecko z tej trójki, z którą pracowałam, ma talent, ma w sobie „to coś”. Jedyne, co im brakuje to startów - takie jest moje zdanie.


- To może zostawmy już temat dzieci i pony. Choć w pony powożą także dorośli, prawda?


- Tak! Generalnie w kategorii pony na świecie jeżdżą dorośli ludzie. Trzeba mieć ukończone 18 lat, żeby móc wystartować na zawodach międzynarodowych. Gdy Misiu miał już swoje lata i musiałam pomyśleć o innym koniu, kupiłam dużego konia, także dlatego, że w Polsce nie ma zawodów w powożeniu dla pony, nie było się z kim „ścigać,” nie było drogi rozwoju. Dlatego dzisiaj dzieci uczące się powozić są poszkodowane, bo nie ma dla nich zawodów. Nadal jednak z dużym sentymentem patrzę na kuce. Nawet teraz, gdy mam swoją podopieczną, Jagodę Karpińską, która ma kuca bardzo podobnego do Misia w typie, zawsze robi mi się ciepło na sercu, gdy go widzę.


- A teraz trochę o Was, jako rodzinie. Brat trenowany przez siostrę, rodzeństwo, z których każde zdobywa medal MŚ w singlach to ewenement na skalę kraju i świata No i jeszcze Wasz pierwszy trener, śp. Tata Arkadiusz...


- Tak, tata trenował nas oboje. Przez długi czas współpracowaliśmy. Każdy z nas ma wady i zalety. Ja skupiłam się na pracy z końmi od podstaw, zawsze bardzo mnie to interesowało. Miałam dużo młodych koni, doprowadzałam je od zera do poziomu międzynarodowego. Może fakt, że jestem kobietą, powodował, że bardziej wnikliwie się tym wszystkim zajmowałam.

Bartek od początku był typem sportowca i typem zwycięzcy. Potrafił bardzo dobrze mobilizować się na zawodach, lubił być w centrum uwagi i miał dużą pewność siebie.

Dużo nam dało, że dorastaliśmy i dojrzewaliśmy ucząc się powożenia, każdy poznawał siebie, swoje możliwości. Współpraca miedzy nami była zawsze, ale dopiero od niedawna odnaleźliśmy się w swoich rolach. Wydaje mi się, że potrafię dać duże wsparcie, poza wiedzą popartą doświadczeniem potrafię zrozumieć, co przeżywa zawodnik, co przeżywa mój brat. Znam go jakby podwójnie: jako brata i zawodnika, wiem, jakie ma mocne strony, jakie ma słabe strony. Generalnie, potrafię dostosować trening indywidualnie do zawodnika, czy to jest mój brat, czy ktoś inny. Wydaje mi się, że to jest mój atut – potrafić „czuć ucznia”. Choć czasem się zawodzę, daję z siebie więcej niż może powinnam, angażuję się całą sobą, często to nie wraca lub jest nie do końca dobrze odbierane. Uczę się, że należy najpierw poznać osobę, zanim się jej bezgranicznie zaufa i zacznie pomagać z otwartym sercem. Ale od pomagania to mnie nie wyleczy, gdyż nie potrafiłabym uczyć kogoś na półgwizdka. Czegoś nie powiedzieć, wprowadzić w błąd, patrzeć na to, że ktoś idzie nie w tym kierunku, co powinien. Jeżeli już kogoś uczę, to staram się przekazać swoją wiedzę jak najlepiej umiem, staram się poznać osobę i znaleźć najlepszą drogę dla naszej współpracy. To mi daje dużą moc w pracy z moim bratem, gdyż dobrze się znamy i rozumiemy. Chciałabym podkreślić, Bartek jest dużo bardziej utytułowany ode mnie, jeździ dłużej ode mnie i ma więcej doświadczeń za sobą. Ale pomimo swoich sukcesów, w naszej relacji potrafi uznać mnie jako trenera i słuchać. Jest to najlepszy uczeń, jakiego mam, od lat. Nie dyskutuje, nie podważa mojego zdania, stara się wykonać dokładnie to, co mu mówię, a przede wszystkim ufa i wierzy, że to, co proponuję, jest najlepsze dla niego. Współpracuje nam się kapitalnie, w ostatnich latach szczególnie, ponieważ oboje jesteśmy dorośli, „foszki” wieku nastoletniego mamy już za sobą. Kłótnie między rodzeństwem zawsze są, ale teraz umiemy to odseparować, jak jest praca, to jest praca.Efekty, jak widać, są świetne.


- Niesamowita jest Wasza relacja! Niełatwo w rodzinie być trenerem i uczniem, tym bardziej siostra i brat, do tego młodsza siostra, która trenuje Mistrza. Podziwiam Was jako ludzi, jako rodzinę, to jest naprawdę rzadkie, gdziekolwiek, a jeszcze umieć to przekuć w sportowe sukcesy – gratulacje!


- Dziękuję bardzo. Ale jak mówię, Bartek ma wiele innych cech, potrafi mnie zmotywować, ja mu pomagam w pewnych kwestiach, on mi w innych, bardzo ważna jest jego rola. Ani on nie byłby tam gdzie jest beze mnie, ani ja nie byłabym tu gdzie jestem bez niego. Wszystko, co osiągnęliśmy, rozpoczął nasz Tata, a my kontynuujemy Jego myśl. Bo to, co robimy, jak robimy, całe nasze hasło „Kwiatek Driving Team - nowa jakość powożenia”, podejście do koni, dbanie o sprzęt, to wszystko przekazał nam Tata. My po prostu rozwijamy jego zamysł jak to powinno wyglądać, przede wszystkim profesjonalne, na wysokim poziomie. Bardzo się cieszę, ze mam takiego brata, z którym mogę to robić, bo samemu byłoby na pewno dużo trudniej.

Jako dzieciaki mieliśmy wspólny pokój, często się kłóciliśmy, potem, jako dwudziestolatki, poszliśmy każdy swoją drogą, Bartek zaczął pracę przy koniach, ja zaczęłam szkołę zupełnie z tym niezwiązaną. Byłam jedną nogą z końmi, jedną zupełnie poza. Dopiero śmierć Taty bardzo nas zbliżyła. Mimo tego, że oboje mamy silne charaktery, zrozumieliśmy, że mamy tylko siebie, musimy się dogadać. Wyrobiliśmy sobie taką relację, w której się szanujemy, nie przekraczamy pewnych granic, wiemy, że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji na 1000% i to jest bezcenne.


- Jak oceniasz rozwój konkurencji powożenia w Polsce?


- Na pewno jest lepiej niż kiedyś, choć mogłaby się rozwijać bardziej.Jest to wspaniała dyscyplina dla wielu osób, które chcą obcować z końmi, ale nie mają albo predyspozycji fizycznych, albo zwyczajnie boją się jeździć w siodle, lub nie jeżdżą na tyle, by startować na zawodach, nawet amatorskich, i czerpać z tego satysfakcję. A bryczka daje takie możliwości. Ja zawsze reklamuję, że jest to sport dla każdego – i dla dziecka i dla dziadka, tu nie ma ograniczeń wiekowych. Życzyłabym sobie, żeby ten sport się rozpowszechniał, ale jest to stosunkowo droga dyscyplina: zakup sprzętu, transport konia i bryczki. Na zawody jednodniowe w Wielkopolsce potrafi przyjechać 50-60 zaprzęgów, ale wyjazd na zawody ogólnopolskie czy zagraniczne, to już tygodniowa wyprawa. Nie każdy może sobie pozwolić na to, żeby nie pracować, tylko w tym czasie wydawać pieniądze. Nagrody są śmiesznie niskie, a konie zaprzęgowe kosztują mało, więc nie ma na tym interesu do zbicia. Gdyby to była kwestia tego, że mimo iż ten sport kosztuje dużo, ale koń na poziomie Mistrzostw Świata jest adekwatnie drogi, to można z jakimś zamysłem to robić. Ale niestety, nie ma z tego pieniędzy. To jest sport dla pasjonatów.


- Weroniko, jak i kogo trenujesz?


- Od trzech lat prowadzę własną działalność: przyjmuje konie w trening, udzielam lekcji powożenia, prowadzę szkolenia i konsultacje. Nie jestem etatowym zawodnikiem, tak jak to miało miejsce przez ponad 7 lat w Stadninie Koni Pępowo. Pracując tam, już prowadziłam stajnie i przyjmowałam konie w trening, tak więc, odchodząc w roku 2017, miałam przygotowaną stawkę koni. Działalność Kwiatek Driving Team cały czas się rozwija – cieszy fakt, że otworzyły się na nas drzwi zagranicą. Prowadzę szkolenia w Finlandii i na Litwie, od kilku miesięcy posiadam w treningu konie z Niemiec oraz Finlandii).


Mam też wielu chętnych w kraju, liczba koni utrzymuje się na poziomie 18, to dla mnie limit możliwości, aby móc wydajnie z nimi pracować, stąd zapisy na wolny boks. Jest więc lista oczekujących, a dla mnie to mała satysfakcja i docenienie. Prowadzę też szkolenia grupowe, zrezygnowałam z treningów indywidualnych z dojazdem,choć zapraszam do siebie, do Łącka na konsultacje. Przyjeżdżają osoby na każdym poziomie, i osoby jeżdżące sportowo, i osoby początkujące i średniozaawansowane.


- Od kiedy jesteś związana ze Stadem Ogierów w Łącku ? Jak Ci się tu trenuje? Czy bycie w Polsce centralnej ułatwia Ci konsultacje trenerskie? Czy możemy na łamach naszej strony zaprosić wszystkich, którzy chcieliby zasięgnąć fachowej porady w pracy z końmi zaprzęgowymi do Łącka?


- Mija już pół roku, odkąd jestem w Łącku. Przede wszystkich jest tu świetna infrastruktura – wielka hala do jazdy, wspaniały hipodrom, przepiękne tereny, górzyste, piaszczyste. Miejsce do treningu koni idealne, jestem bardzo zadowolona, że tutaj jestem.


Większość życia spędziłam w Wielkopolsce, stamtąd nadal przyjeżdżają moi klienci. Jeżeli chodzi o centralne położenie Łącka, to przez pandemię nie bardzo mieliśmy okazję tego sprawdzić. Odbyło się jedno szkolenie, cieszyło się dużym zainteresowaniem, było dużo chętnych na kolejne, które się niestety nie doszło do skutku, zostało przeniesione na 4-5 lipiec. Na pewno baza jest kapitalna, zapraszamy!


- Koronawirus pokrzyżował chyba wszystkim plany, sportowcom również. Jak poradziłaś sobie z pandemią psychicznie, jak wykorzystałaś ten czas bez zawodów, w większym odosobnieniu?


- Ja generalnie nie mam nic przeciwko odosobnieniu, lubię ciszę i spokój. Z jednej strony byłam pozytywnie nastawiona na ten sezon, mam świetne warunki i konie, wszystko zaczyna się dziać tak, jak sobie to wymarzyłam, i to dodaje skrzydeł. Człowiek chce startować, a tu okazuje się, że zawodów nie ma, więc przykro. Z drugiej strony, jest więcej czasu na trenowanie. Ja potraktowałam tę sytuację jako dar, żeby się lepiej przygotować, całą swoją energię skierowałam na trening i na dopracowanie braków u koni, już odczuwam tego korzyści. W całej obecnej sytuacji starałam się dostrzec pozytywy i skupić na pracy z końmi.


- A jeśli chodzi o konie właśnie -ile koni jest z Tobą w Łącku? Może kilka słów o nich?


- Mam stałą stawkę sześciu koni, którymi startuję w zawodach. Moja podstawowa para wraz z zapasowym, to konie śląskie własności Grzegorza Świątka: ogiery Epilog i Dajluk oraz wałachPassat, którymi zaczęłam w zeszłym roku starty w kategorii pary. Jest to dla mnie ogromne wyzwanie, kapitalna przygoda. Oprócz tego mam trzy konie singlowe, bardzo dobrej jakości. Koniem podstawowym jest klacz Karaoke, własności Piotra Niedzielskiego. To bardzo ciekawy mix konia śląskiego z kłusakiem orłowskim. Mieliśmy plan wziąć udział w przygotowaniach do Mistrzostw Świata w singlach, jednak COVID 19 pokrzyżował te plany. Docierają do nas informacje, że organizatorzy tych MŚ, Francuzi, jeszcze się nie poddali i walczą, aby zawody jednak się odbyły. Czekamy z niecierpliwością na decyzję.Dodatkowo mam dwa konie młode, bardzo perspektywiczne. Reszta, to konie w treningu, liczba ta oscyluje pomiędzy 16 a 20. Pracujemy pod siodłem, na lonży, w zaprzęgach, pojedynczych, parokonnych, od czasu do czasu zakładamy czwórki. Kładę duży nacisk na to, aby te konie były wszechstronne, pracowały regularnie, wychodziły na padoki, miały dużo swobody i luzu psychicznego.


- Jakie są Twoje plany na przyszłość?


- Moim oczkiem w głowie jest para, czyli dwa ogiery i Passat. To jest mój główny cel. Uwielbiam te konie i myślę, że to tylko kwestia czasu, żebyśmy powalczyli o duże rzeczy. Takie jest moje dążenie, a ja jak sobie coś postanowię, to zrobię wszystko, żeby do tego doprowadzić. Na pewno będziemy walczyć, musimy te konie „dopracować” - to, że są dobre, pokazały już w pierwszym roku startów jako para. Ja, nie mając doświadczenia, złożyłam trzy niedoświadczone w parze konie i udało nam się zaistnieć w tej kategorii, więc jestem dobrej myśli. Cierpliwość mam, wiem, że warto pracować z końmi na spokojnie, to trwa, ale jestem pełna optymizmu. Już teraz wiem, że pewne rzeczy przyjdą, trzeba tylko na nie poczekać i ciężko pracować. Chcę się cieszyć tym, co robię.


Zawsze byłam ambitna, dużą perfekcjonistką - spalałam się przy każdym niepowodzeniu. Ciężką pracą doszłam do momentu, w którym jestem teraz. Dziś nie ma we mnie już tej wewnętrznej niepewności. Wraz ze zdobyciem medalu Mistrzostw Świata indywidualnie i drużynowo udowodniłam sobie, że potrafię, że to ma sens, że warto. I potem przyszedł spokój. Nadal mam ambicje, żeby czegoś jeszcze dokonać, ale robię to w inny sposób niż dotychczas. Wcześniej, to było takie szarpanie się, niby człowiek wiedział, że może zdobyć medal, ale co, jeśli nie, a co jeśli w momencie największej presji nerwy nie wytrzymają, było dużo znaków zapytania. Dzisiaj wiem, że mogę, że jestem do tego zdolna. I dziś ta świadomość mi wystarcza. Dalej tylko spokój, cierpliwość. Mam kapitalne konie, myślę, że nie miałam nigdy takiej stawki koni, jaką mam teraz. Tak naprawdę, to my decydujemy, co może nas zdenerwować, czy zachowamy wtedy spokój, czy nie. Moja maksyma brzmi: warto cieszyć się życiem i brać to, co ono niesie, z pozytywnym nastawieniem.


- Bardzo dziękuję za tę długą i niesamowicie interesującą rozmowę. Z przyjemnością wpadnę na Twój kolejny trening.


- Ja również dziękuję i zapraszam.


Z Weroniką Kwiatek rozmawiała Zofia Helak - De Bonis.

Zdjęcia: Karol Rzeczycki






387 wyświetlenia0 komentarz